[22:14] Z czasem można się doszlifować, w klepsydrze między palcami.
Pozostają, pytania nie do wykruszenia, między myśli ponad słowami, przyzwyczajenia pozostają przyzwyczajeniami. ¶
[0]
[10:07] 4 lipca, Dzień Niepodległości, spędziłem w Haight. Miałem wolne w pracy.
Dawnym centrum ruchu hippie, obviously back to 1960s. Na słynnym skrzyżowaniu Haight i Ashbury jest już tylko GAP i sklep z lodami. Siedział też człowiek z kartką "Dreaming of double cheesburger".
Usiadłem pod sklepem z koszulkami dwie przecznice dalej, przy Haight i Clayton. Jeśli było coś, co przykuło moją uwagę oprócz sklepów z drogimi rzeczami, to właśnie przechodnie. Bezdomni, biedna i bogata bohema, udająca bezdomną bohemę bogata młodzież i turyści. Siedzący pod sklepem biedny webdeveloper ze startupa udający bohemę, moi.
Po drugiej stronie ulicy utworzyła się kapela "Shakey Bones". Werbel, dwie gitary klasyczne, jedno ukulele, dwa wiodące wokale, dziewczyna przebrana za tygrysa z kartką "Shakey Bones" i dziewczyna z tarką do prania. Z czasem też coraz więcej wokali chętnych do śpiewania, które zatrzymywały się obok grających i zachęcane "One, two, three, everybody" charyzmatycznego lidera, wspomagały zespół. Siedzący pod sklepem naprzeciwko polski głos, który skrzętnie ukrył na tę okoliczność ipoda.
Głównie Tom Waits, jeśli się nie mylę. "This god damn life", wszyscy razem. "I don't wanna grow up", azjaci i czarni, całe Haight śpiewa. Zwalniają autobusy, żeby przyjrzeć się występowi i ludzie w samochodach z otwartymi oknami wyłączają swoją muzykę z radia. "Sometimes I feel like a stranger on this world".
Tymczasem po drugiej stronie ulicy pod sklepem spada z góry moneta. Toczy się chwilę, potem kręci w miejscu i upada obok udającego amerykańską bohemę biednego Polaka.
ONE DIME, says on it. One wonderful dime. Ogólnie mam problem z tutejszymi "change", czy, jak zwał tak zwał, monetami. Do tej pory wydawało mi się, że są to dwa centy. Okazuje się, że to pięć razy więcej. Także zostałem ofiarowany, nie wiadomo skąd, dziesięcioma centami choć wydawało mi się, że są to dwa.
Z początku nie wiedziałem też dlaczego zakręciły się obok mnie, ale potem się jednak domyśliłem (jak już założyłem ipoda, chociażby) i przyjąłem to z godnością.
Moje pierwsze zarobione pieniądze w Ameryce to znaleziony jeden cent na rogu Folsom i Czwartej. Włożyłem go do osobnej kieszeni i nosiłem przy sobie. Potem pojechałem na Ocean Beach.
Dziwna to była wycieczka. Autobus zabrał mnie w dzielnice, w których budynki są naprawdę z betonu i rezygnuje się z drewna. Poczułem się prawie jak w domu. Potem przesiadka na linię 18. Szukam przystanku, jest przystanek, upewniam się. Pytam stojącego tam azjatę moim dystyngowanym angielskim z europejskim akcentem. Człowiek patrzy się na mnie chwilę bezradnie i zaczyna na przemian mówić "yes" i "no" przeplatane "eighteeen" i "thirty eight".
Następnie tylko z europejskim akcentem powtarzam już mniej wyszukanie.
— Eighteen — here? Ocean beach?
— Ocean beach, yes!
— Eighteen?
— Ocean, yes!
Zaczyna pokazywać mi liczby na swojej dłoni. 18 i potem 38.
— Ocean beach, here.
Chwilę jeszcze tak porozmawialiśmy i postanowiłem w końcu zostać i poczekać na wszystko, co ma 8 w numerze na końcu. Ocean beach, yes.
38 jechał długo. W nim sami azjaci, którzy prawdopodobnie też nie umieli mówić po angielsku za bardzo. Obraz oceanu oddalał się z każdym przystankiem i kolejnymi azjatami wsiadającymi do autobusu i mówiącymi w swych ojczystych językach.
Kiedy zacząłem bacznie rozglądać się po okolicy i szykować plan wydostania się stąd, pojawił się ocean. Jak na zawołanie, ipod zagrał posłusznie w tym samym momencie "Staralfur" Sigurów. Z trzaskami i smyczkami grajacymi w uszach ruszyłem jak zaczarowany w stronę wielkiej wody. Ocean spokojny, miło mi poznać. Przebiłem się przez piaszczystą plażę i odetchnąłem.
Starir a mig litill alfur
Hleypur að mér en hreyfist ekki
Ur stað — sjalfur
Staralfur
Wtedy też zarobiłem moje drugie, tym razem bardziej konkretne, pieniądze w Ameryce. Spętany ziarenkami piasku leżał na plaży QUARTER DOLLAR. Moje ulubione monety, ponieważ dwie razem dają pół dolara, a to już kupa kasy.
Niestety podwyżka skończyła się tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawiła. Moje zarobki od tamtego czasu spadły. ONE DIME z nieba, nawet po zwiększeniu swej wartości z dwóch do dziesięciu centów, nie powtórzył sukcesu z ocean beach.
Godnie więc wstałem. Odkryłem się z ipodem, okulary powędrowały fikuśnie z oczu na czoło. Wziąłem w garść wszystkie moje do tej pory zarobione pieniądze. Przeszedłem (jak przystało na bogatą polską bohemę — na czerwonym świetle) na drugą stronę Haight. Wrzuciłem lekką ręką choć ciężkim sercem cały mój tutejszy zarobek do kapelusza "Shakey Bones" — 36 centów amerykańskich.
— Thanks man — utkwił we mnie swój wzrok facet z ukulele. Kiwnąłem głową, co miałem zrobić. Nie miałem nawet co dać człowiekowi marzącemu o podwójnym cheesburgerze dwie przecznice dalej na rogu Haight i Ashbury.
To pisałem ja, polish bohemian webdeveloper dreaming of double cheesburger, Washington at Hyde, San Francisco, CA. ¶
[3]
[22:44] Piękny i ciepły był pierwszy weekend majowy. Zrobiliśmy z Wiktorią.
Szymon i Wiktoria — You Owe Me an IOU (song by Hot Hot Heat).
¶
[0]
Ot — dzieje.
„Ale, cholera, mimo wszystko, cała ta otoczka o samotności, ryzykowaniu, wszystko na siebie, to idziemy do przodu.” ¶
I rdzewieje.
Dodatkowo jeszcze w oka mgnieniu migawka zapisuje także.